Jesteś w: Start Artykuły Poszukiwanie pracy Polka zmienia pracę
A A A

Polka zmienia pracę

Ewa straciła pracę z dnia na dzień, etat Zuzy przejęła kuzynka szefowej. Anna musiała rozstać się ze szkołą, a firma Eweliny splajtowała. Co dalej? Zmiana pracy to życiowe salto. Tym trudniejsze, gdy nowy zawód nie ma nic wspólnego z dotychczasowym. Można przez to przejść i nie zwariować? Podobno zmiany są dobre. Ale ile kosztują?

POKAŻ MI SWOJE CV...

Rok temu. W firmie Ewy Piotrowicz-Pawlak pracuje 1100 osób. Duża fabryka szyjąca markowe dżinsy. Właściciel: amerykański koncern,
drugą taką ma w Turcji. Wydaje się – pracodawca pewniak. Ewa jest menedżerem. Któregoś dnia w firmie pojawiają się ludzie z kierownictwa. Informują załogę: Amerykanie zamykają zakład w Polsce. Ponad tysiąc osób traci pracę. W dniu zwolnienia Ewa jest fachowcem z dwudziestoletnim stażem. Specjalizacja: kontrola jakości. Pracę zmieniała kilka razy, zawodu – nigdy. – Kiedy zaczynałam studia, włókiennictwo w Łodzi kwitło, wierzyłam, że to dobry fach. Potem upadały firmy państwowe, powstawały prywatne, rynek się zmieniał, ale ja pracę miałam – opowiada. Została biegłym sądowym, zrobiła drugi fakultet z zarządzania, zdobyła dyplom MBA. W kolejnych firmach odpowiadała za poważne projekty – nadzorowała otwieranie linii produkcyjnych, dużo jeździła po Polsce. Jej nazwisko w branży nie było anonimowe. Ewa traci pracę w złym momencie. – Znałam środowisko, wiedziałam: żeby w moim zawodzie dostać zajęcie na porównywalnym stanowisku, musiałabym kogoś otruć, wakatów nie było. Musiałam zawalczyć. Dostałam odprawę, która mogła wystarczyć na jakieś pół roku życia na dotychczasowym poziomie. I opiekę firmy konsultingowej – miała pomóc w poszukiwaniach nowej pracy. Od specjalisty usłyszałam: „Proszę w CV nie wpisywać daty urodzenia”. Zapaliła mi się czerwona lampka: no tak, wiek może zadziałać na moją niekorzyść. Wierzyłam jednak, że coraz lepsze stanowiska, wykształcenie to dobra wizytówka. Poradzono mi jeszcze: „Niech pani szukanie pracy traktuje jak... pracę. Najlepiej poświęcać na to kilka godzin dziennie, systematycznie”. Usiadłam do komputera. Zaczynały się wakacje. W letnim domu pod Łodzią nie miałam internetu. Postanowiłam co trzy dni wracać do miasta i sprawdzać pocztę. Kiedy zrobiłam to pierwszy raz po wysłaniu moich ofert, myślałam, że coś się stało z modemem. Skrzynka była pusta.

SPA? Dziękuję

Taktyka: nie spuszczać z tonu.  – Ale to była strategia na pierwszy etap poszukiwań – zastrzega Ewa.  – Zalogowałam się na kilku portalach pośrednictwa pracy, czytałam tylko te ogłoszenia, które mi pasowały, nic spoza branży. Wysyłałam CV, wracałam do Łodzi, spędzałam przed komputerem czasami cały dzień. Z portali przychodziły linki do stron, na których znajdowałam oferty. Niestety, przepływ informacji był jednostronny. Przez trzy miesiące nie dostałam ani jednej odpowiedzi na moje zgłoszenie! Jak to możliwe?! Wracałam na wieś, snułam się po domu coraz bardziej przygaszona. Zadzwoniłam do wszystkich znajomych, którzy potencjalnie mogliby pomóc. Z koleżankami ze starej firmy miałyśmy gorącą linię – informowałyśmy się o nowych tropach. Od kilku z nich usłyszałam: obniżam poprzeczkę. O nie, ja nigdy w życiu! „Poszukiwany menedżer do spa”? Znajdę coś lepszego, wtedy jeszcze tak myślałam – opowiada Ewa. Po kolejnych tygodniach wyjmuje z szuflady wizytówki do dalszych znajomych. – Czasem ludzi, których spotkałam raz w życiu. Wcześniej bym się nie odważyła, teraz zaczęłam odświeżać znajomości. Czułam się z tym fatalnie. Rodzina pocieszała: „Będzie dobrze”. Ja coraz częściej warczałam: „Nieprawda, to się nie uda!”. Ukrywałam swój stan przed córkami – Marta studiuje, bliźniaczki Justyna i Olga uczą się w gimnazjum. Stres zajadałam. Zaczęłam tyć. Któregoś dnia usłyszałam, że moje CV jest zbyt... niszowe. Że ogranicza szanse na rynku pracy. To był zimny prysznic.

Piętro niżej

Ewa zmienia plan. Po pierwsze z pomocą specjalisty pisze drugie CV – ogólne, podkreślające jej cechy uniwersalnego menedżera. Po drugie rozszerza pole poszukiwań. – Zwracałam teraz uwagę na ogłoszenia, w których były punkty zaczepienia nieschodzące poniżej mojego poziomu: „niezbędne wykształcenie techniczne” lub „wymagane studia podyplomowe”, nawet jeśli dziedzina była obca – opowiada. Gdy odzewu wciąż nie ma, Ewa jest na skraju wyczerpania. – Myślę, że to były początki depresji. Wcześniej mówiłam sobie: do kuchni w restauracji nie pójdę na pewno. Aż w końcu byłam w takim stanie, że wzięłabym cokolwiek, byle pracować. Bo prześladowała mnie myśl: już się do niczego nie nadaję, jestem za stara. Nie zarobię na studia Marty, na potrzeby bliźniaczek. Chciało mi się wyć. Ale pewnego dnia, po sześciu miesiącach starań, przyszła odpowiedź na jeden z moich maili...

Jesień 2011. Fabryka produkująca zawory szuka specjalisty do spraw optymalizacji warunków produkcji – kogoś, kto zadba o oszczędność materiałów, czasu, pracy. Dyplom politechniki konieczny. A Ewa go ma. – Gorzej z wiadomościami – uśmiecha się. Podczas rozmowy szef pokazuje rysunek techniczny, w rogu dziwny symbol. Czego? Ewa nie wie, dawno nie czytała takich rysunków. Starałam się nadrabiać miną, coś improwizowałam, wyszło chyba średnio, ale dostałam drugą szansę – kolejna rozmowa za dwa tygodnie. Przez ten czas studiowałam podręcznik „Podstawy konstrukcji maszyn”. Za drugim razem wypadłam lepiej. I wreszcie wiadomość super: będę przyjęta! Nie miało znaczenia, że to „inna bajka”. Bardziej uwierało, że ze stanowiska menedżerskiego spadam piętro niżej – miałam być kierownikiem. Ale najważniejsze, że znowu będę chodziła do pracy.

Oswoić i zostać

Pierwszy dzień: Ewa ma uczestniczyć w szkoleniu dla techników. Czuje luki. – Musiałam to sobie ustawić w głowie, co mam robić, kiedy nie wiem...? Udawać fachowca, ryzykować niewłaściwe decyzje? Przyjęłam inną zasadę: jeśli czegoś nie wiem, idę i pytam mądrzejszych. Dziś staram się, jak mogę, uczę się szybko, zdarza się, że wyskakuję przed szereg. Czasem ciężko siedzieć cicho, przecież dotąd sama byłam liderką – uśmiecha się. W nowym zawodzie pracuje już pół roku. – Chcę zostać. Oswoiłam rzeczy, które mnie przerażały: na przykład upiorny raport AD, który ma zawierać moje wnioski z obserwacji procesu produkcji – mówi. W pracy używa zaawansowanego programu Excel. – Ciągle nadrabiam zaległości. Młodsze koleżanki posługują się nim ze swobodą, której im zazdroszczę. Zrozumiałam, że nie ma co obrażać się na sugestie: „W CV proszę ukryć datę urodzenia”. Rynek nie uznaje sentymentów.
W moje drugie zawodowe życie wchodzę dużo twardsza – opowiada Ewa. Wiadomość z ostatniej chwili: dostała awans na stanowisko menedżera.

W KOLORZE BLUE...

Rok 2009. Ewelina Pałubicka wraca z Anglii do rodzinnego Szczecinka. Jest w ciąży, chce urodzić dziecko w Polsce. Ma pogodne myśli, zakłada rodzinę, na koncie leżą oszczędności z pracy za granicą, a w szufladzie dyplom informatyka. Ewelina doszlifowała angielski, po macierzyńskim na pewno znajdzie dobrą pracę.

 Bartosz rodzi się zdrowy, babcie rwą się do pomocy. – Idealne warunki, żeby wystartować. Myślałam o stabilnym etacie w państwowym urzędzie. Wysłałam pierwszą partię CV i... coś cicho – opowiada Ewelina. Szybko okazuje się, że na jedno miejsce w Urzędzie Miejskim czy Urzędzie Pracy przypada 10–15 chętnych. – W największym zakładzie produkcyjnym w mieście usłyszałam, że dostałabym etat, gdybym zgodziła się na pracę w nienormowanym wymiarze: raz do 15, ale innego dnia nawet do 19. Przy małym dziecku? Szybko zrozumiałam, że wcale tu nie jest różowo. Że nikt na mnie nie czeka z otwartymi ramionami. A skoro tak, biorę sprawy we własne ręce – wspomina. Składa podanie o dotację unijną, dostaje 18 tysięcy. Otwiera sklep dla dzieci: ubrania, zabawki, artykuły papiernicze. – Był rok 2010. Czyli kryzys. W grudniu, przed świętami sklep prosperował jako tako, w styczniu – stagnacja. Miesiące dołka i tygodnie, gdy ledwo wychodziłam na zero. Wytrzymałam tak półtora roku. Musiałam się poddać, to nie miało sensu. Stałam się bezrobotna.

Po co ten dyplom?!

Kilka miesięcy później. Ewelina otwiera szafkę w łazience, skończyła się odżywka do włosów. I perfumy. Trzeba wybrać się do drogerii. Przelicza pieniądze. Nie. Obędzie się bez perfum. – Jeszcze niedawno z radością urządzałam mieszkanie, teraz problemem stało się kupno taniej lampki. Kończyły się oszczędności. Ja nie miałam pracy, mój mąż Mariusz był zatrudniony w firmie, która co kilka miesięcy redukowała kolejne etaty – opowiada. Wraca do tych samych urzędów, które odwiedzała dwa lata wcześniej – bez zmian. Pracy nie ma, ale wciąż są ogłoszenia, że szuka się chętnych.
O co tu chodzi? – Umawiałam się na rozmowy. Zawsze byłam daleko w kolejce, godzinami przesiadywałam na krzesełkach w korytarzach.
Z czasem wiedziałam od razu, kto dostanie pracę – do gabinetu szefa wchodzi dziewczyna bez płaszcza i torebki, a jest zima.
Czyli ma kogoś w firmie, u niego zostawiła rzeczy. Sprawdzam na FB albo Naszej-klasie: ona dostała etat.
W małym mieście wiadomości rozchodzą się szybko. Po co więc szopka z szukaniem pracowników? Firmy tworzą sobie bazy danych,
sięgają do nich, kiedy mają ochotę, a kandydaci naiwnie wierzą, że praca będzie od jutra – opowiada. Sama rozsyła dziesiątki ofert, rozpytuje znajomych.
– Już nie chodziło o etat informatyka, mogłam pracować nawet jako ekspedientka. Byle zarabiać.
Byłam coraz bardziej rozdrażniona: po co wracałam do Polski, po co w ogóle studia, języki?! Rodzice zainwestowali we mnie, a ja co
– biorę zasiłek! Proponowali finansową pomoc, ale przejście na ich garnuszek było poniżej ambicji. Tyle że synek zaraz pójdzie do przedszkola,
a za to trzeba płacić... – opowiada Ewelina. Żeby odreagować stres, w domu włącza głośno muzykę, tańczy. Tańczy i płacze. 

Za mundurem...

Lato 2011 roku. Ewelina dostaje wiadomość: przeszła pierwszy etap rekrutacji do... służby w policji. – Skąd mi się to wzięło? Kilka osób w rodzinie pracowało w policji, może to jakiś gen? A może desperacja – bez pracy już wariowałam, zaczęły się kłótnie z Mariuszem, z rodzicami. Zgłosiłam się, ale nie liczyłam na wiele – uśmiecha się. Jesienią przechodzi kolejne egzaminy: wiedza o funkcjonowaniu policji, podstawy prawa. Na teście sprawności fizycznej przydaje się, że od lat trenuje siatkówkę. W końcu zaawansowane testy psychologiczne. – Między innymi pada pytanie: „Ma pani dziecko, a służba może wypaść w odległym mieście. Poza tym pół roku „szkółki” to poważna rozłąka. Jak pani to widzi?”. Odpowiedziałam pewnym głosem, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Chcę pracować, bo to gwarantuje bezpieczeństwo mojej rodzinie, nie będzie dramatu – opowiada Ewelina. Kiedy przychodzi wiadomość, że zdała ostatni egzamin, szykuje uroczystą kolację. Mariusz otwiera szampana. – Potrzebowałam sukcesu. Prawie rok bezczynności podkopał moją samoocenę – mówi. We wrześniu podpisuje umowę, dostaje przydział do pionu patrolowo-interwencyjnego. – Nie przestraszyłam się, każdy musi przejść pierwszy etap. Najważniejsze, że pracuję w rodzinnym mieście, równie dobrze mógłby to być Szczecin albo Koszalin i wtedy mielibyśmy problem – wspomina. Po rozpoczęciu pracy musi jechać na sześciomiesięczne szkolenie do Słupska. – Było ryzyko, że Bartosz zaprotestuje, w domu jestem tylko w weekendy. Uff, na szczęście nie ma histerii. To także sprawdzian dla taty i dziadków – jako opiekunowie wypadają świetnie. Gdyby nie oni, nic by się nie udało. 

Nowe jest lepsze

Dzień Eweliny zaczyna się teraz o piątej: pobudka, zaprawa, wykłady, treningi. W piątek autobus do domu i kąpiel w pianie, we własnej wannie. Bartosz zaaklimatyzował się w przedszkolu, Mariusz nauczył smażyć naleśniki. – Czekają mnie trzy lata służby przygotowawczej. Niedługo po półrocznym szkoleniu zacznie się Euro 2012. Może będę musiała pojechać do Warszawy albo Gdańska, kto wie? Ale jestem przygotowana – mówi Ewelina. – Myślę, że zmiany są potrzebne, że nie wolno stać w miejscu i czekać, co przyniesie los. Doświadczenia nauczyły mnie pokory. Kiedyś wszystko, czego się tknęłam, kończyło się pozytywnie – studia, wyjazd do Anglii, związek. Strata firmy, brak pracy to były lekcje. Ale bilans wychodzi na plus. Nowy zawód wydaje się o wiele ciekawszy. Nie lubiłam pracować sama, w sklepie się nudziłam. Potrzebuję być częścią zespołu, policyjna hierarchia też mi nie przeszkadza. Wierzę, że za jakiś czas awansuję, może sprawdzę się w pionie kryminalnym? Wszystko przede mną – uśmiecha się Ewelina. W sobotę idą z Mariuszem na większe zakupy – ta lampka bardzo się przyda. I kilka obrazków w przedpokoju. Fajnie znowu się nie martwić, że do pierwszego dwa tygodnie, a w słoiku z nutellą dla dziecka widać już dno.

AGENTKA MIMO WOLI

W czerwcu 2007 roku właścicielka apteki prosi Zuzannę Mróz na rozmowę. Kłopoty ze sprzedażą, mniejsze zyski, a ona musi się ratować. Czyli zwalniać ludzi. Konkretnie: Zuzannę. Po dwóch tygodniach na jej miejsce zatrudnia swoją bratanicę. Dziewczyna podobno nie wie, że Argentum nitricum to lapis. Ale dla Zuzy to marne pocieszenie. Jest bezrobotna. Zuza wyjmuje z torebki zdjęcie, które obiecała przynieść na wywiad – długowłosa blondynka w żółtej koszulce, obcisłych spodniach, bez makijażu. Kto to? – Ja! – uśmiecha się Zuzanna. – Cztery lata temu. Wiesz, co zrobiłam, kiedy przez rok nie mogłam znaleźć pracy? Uwierzyłam, że jestem najbrzydszą i najgłupszą kobietą na świecie. Że to, co mówią o blondynkach, to prawda. Poszłam do fryzjera, ścięłam włosy. Sama ufarbowałam je na czarno, bo na zabieg w salonie nie miałam już kasy. Jadłam wtedy macę z serkiem za dwa złote i piłam tanie wino...Dziś ma na sobie sukienkę z markowym logo, kozaki na wysokim obcasie. Do tego pomalowane paznokcie, bardzo krótka fryzura. Inna kobieta. – Ten rok bez pracy chciałabym wymazać z życiorysu – mówi. Zawód tak naprawdę wybrała jej rodzina. – Dziadek przed wojną miał aptekę na Podlasiu, mama pracowała w aptece w naszym mieście – opowiada Zuza. Pochodzi z niedużej miejscowości na Mazurach. Tam wróciła po studiach w Białymstoku. – Szybko znalazłam pracę, potem ta apteka upadła, ale miałam już przygotowane miękkie lądowanie – opowiada. Pamięta energiczną czterdziestolatkę, która wkroczyła do „receptury”, miejsca, gdzie przygotowuje się leki na zamówienie. – Akurat robiłam krople do oczu. Kobieta spojrzała mi na ręce, zapytała, czy nie chciałabym pracować u niej – lada dzień zamierzała otworzyć aptekę. Byłam tam cztery lata. Do czasu, gdy zastąpiła mnie bratanica kierowniczki.

Kto chce fachowca?

– Najpierw był entuzjazm: coś się skończyło, za długo tkwiłam w jednym miejscu. Za rogiem czeka ekscytująca nowość, na pewno – Zuza opowiada o emocjach. – Nie wierzyłam, że nie znajdę niczego. Byłam konkurencją dla młodszych dziewczyn, które bały się receptury, w tym czasie większość aptek sprzedawała już tylko leki gotowe. Uważałam się za elitę w zawodzie. Mój chłopak powtarzał mi: „Jesteś przebojowa, inteligentna, dasz radę”. W mieście były jeszcze trzy apteki, wysłałam maile. Wybrałam w myślach aptekę X, bo była niedaleko mojego domu i znałam właściciela, uczyliśmy się razem w ogólniaku – mówi Zuza. Gdy nie ma odpowiedzi, dzwoni do tego kolegi ze szkoły. – Usłyszałam, że może za pół roku coś się zwolni i że on będzie trzymał rękę na pulsie. OK. Z pozostałych aptek nie ma odzewu, ale przecież nie będę chodzić po prośbie. Zaczęłam czytać ogłoszenia w internecie – wspomina. Po miesiącu na pulpicie laptopa ma wszystkie portale pośrednictwa pracy, po dwóch kończy jej się odprawa ze starej pracy. – Zaczynałam wątpić. Miałam dobre CV, ładne zdjęcie, zgrabnie zredagowany list motywacyjny. Dlaczego nikomu się to nie podoba? Mam trzydzieści lat, jestem bezdzietna, mogę nawet przenieść się do innego miasta. Tylko że w innych miastach jakby wyłączono internet – odpowiedzi nie nadchodziły. Po pół roku żyłam za pieniądze pożyczone od ojca emeryta. Było mi głupio i wstyd. Zaczęłam pić więcej wina. Chodziłam na cmentarz – mama umarła, kiedy byłam na studiach – i przez łzy przepraszałam ją, że jestem taka beznadziejna. Nie miałam na spłatę kredytu za samochód. Pożyczałam od chłopaka. Po trzech ratach wymruczał: „Zrób coś z tym”. Ale co miałam zrobić? Układać towar w Biedronce?

Czarna magia

Bilans Zuzy po roku poszukiwań: dwie rozmowy w aptekach bez ciągu dalszego, kilka bezowocnych spotkań w sklepach zielarskich, jedna rozmowa w niby-aptece, która okazała się salonem ezoterycznym. – W końcu uznałam, że wysyłanie CV nie ma sensu. Byłam już na zasiłku dla bezrobotnych, w sumie nauczyłam się żyć za kilkaset złotych – rachunki płacił tata, jedzenie podrzucała przyjaciółka – wspomina Zuzanna. To właśnie ona pewnego dnia postawiła Zuzę przed lustrem: „Zobacz, jak wyglądasz, postarzałaś się o kilka lat. Odpuść sobie farmację, szukaj czegokolwiek”. – Rzeczywiście, wyglądałam i czułam się fatalnie. Mój chłopak wyjechał do Stanów. Doszło do mnie, że wpadam w marazm – nic mi się nie chce, nie mam ambicji, planów... Któregoś dnia przyjaciółka przyprowadziła wysokiego bruneta. Znałam go, ubezpieczyciel, zakładał tacie polisę OC – opowiada Zuza. Mężczyzna mówi, że mogłaby zacząć pracę w jego firmie. – Prychnęłam: ja?! Nienawidzę formularzy, naciągania ludzi. Przyjaciółka syknęła: „To kupuj pampersy i siadaj do kasy w supermarkecie”. Umówiłam się na spotkanie, żeby dali mi spokój, i tak odpadnę. Kobieta przeprowadzająca wstępną rozmowę ujęła mnie poczuciem humoru. Potem szkolenie na miejscu – jakoś wytrzymałam. I wyjazd na poważniejszy kurs – techniki sprzedaży, wykłady na temat firmowych produktów. Dostałam opiekuna, menedżera. Znowu kobieta. I dobrze, miałam się komu wypłakać. Po pierwszym dniu szkolenia wpadłam w panikę. Nie umiałam robić symulacji finansowych: dochody, koszty, inwestycja, zysk, ryzyko. Czarna magia. Chciałam uciec do domu. Opiekunka spojrzała mi w oczy: „Nie pękaj, też tak zaczynałam”. Wkrótce musiałam kupić żakiet i szpilki. Miałam nową pracę.

A to niespodzianka

– Widzisz tego mężczyznę w garniturze i sztybletach? Dla mnie to potencjalny klient. Ma dobry komputer i nową wersję iPhone’a. Stałam się łowcą VIP-ów – żartuje dziś Zuza. – A miałam uczulenie na agentów, którzy dzwonili z pytaniem, czy jestem ubezpieczona w trzecim filarze. Odsyłałam ich do diabła – mówi. Od trzech lat pracuje w dużej firmie ubezpieczeniowej, od roku jest jednym z liderów sprzedaży w swoim regionie. W nagrodę była na wycieczce w Egipcie. – Najpierw bałam się, że polegnę w pierwszym miesiącu. Teoria teorią, ale w końcu trzeba było jechać do realnego klienta. Drżały mi ręce, udawałam, że mam początki grypy. Sprzedałam pierwszą polisę, ale potem przez kilka tygodni nic. Na szczęście firma daje początkującym kilkumiesięczne zabezpieczenie – to się nazywa „pas startowy”. Nawet jeśli prowizje ze sprzedaży są niewielkie, jest za co żyć. Po roku spłaciłam długi – opowiada. Co z jej niedostatkami z algebry? – Wzięłam korepetycje u kolegi matematyka, żaden wstyd. A wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? Odkrycie, że masz zdolności, talenty, których się po sobie nie spodziewałaś. W jakimś sensie dalej jestem dla siebie niespodzianką. Bo może za rok będę uczyła flamenco?

NAJTRUDNIEJSZA LEKCJA

Pierwsza decyzja Anny Butryn w nowej pracy: malujemy ściany na kolorowo. W sali dla klientów lądują granatowe skórzane kanapy, na parapetach storczyki w doniczkach. Po miesiącu była nauczycielka przeżywa pierwsze załamanie. Musi zadzwonić do klienta, upomnieć się o zaległą płatność. Nie umie, nie wie jak. Zbiera się dzień, dwa. Dzwoni po tygodniu. 

– To nie było zwolnienie ani plajta firmy. Musiałam wybrać sama, czy rozstać się z zawodem, który kocham – mówi Anna. Mieszka w Kurowie niedaleko Lublina. Zadbana czterdziestoparolatka. Mama dwóch nastolatków. Trzy lata temu żona Karola. Siedziała nad zeszytami, kiedy zadzwonił telefon: „Pani mąż zginął w wypadku samochodowym”. – Nasze małżeństwo przechodziło kryzys. Karol był alkoholikiem, ja leczyłam się u psychoterapeuty. Żyliśmy w dwóch światach, on miał swoją firmę, ja szkołę – opowiada. Na początku lat 90. mąż obok domu urządza mały zakład, serwis opon. Czysty, nowoczesny, w dobrym miejscu przy trasie do Lublina. Ale Anna nie zagląda tam wcale. – Nie musiałam. Ostatni raz oddawałam koło do naprawy kilka lat temu – uśmiecha się. Informacja o śmierci męża stawia ją w nowej sytuacji. – Były dwa wyjścia: sprzedać firmę – telefony z ofertami rozdzwoniły się natychmiast. Albo zostawić szkołę – opowiada. – Dwadzieścia lat pracowałam w oświacie. Przemiana w bizneswoman wydawała mi się niemożliwa, ale widać życie samo wybiera scenariusz.

Moja szkoła

Od pierwszej klasy, w której miała wychowawstwo, dostała kota. Łaciaty Wasyl przez lata był ulubieńcem domu. – Wzruszająca pamiątka od uczniów – opowiada Anna. Najmocniejsze wspomnienie to rozstania z trzecioklasistami, których wypuszczała w szkolną „dorosłość”. – Zaczynali jako maluchy, zdarzały się dzieci, które nie umiały trzymać ołówka w rączce. Uczyłam liter, po lekcjach organizowałam zajęcia plastyczne – wspomina. Założyła klub 4H, na wzór amerykańskich klubów „Głowa-serce-zdrowie-ręce”, gdzie dorośli przekazują młodzieży różne przydatne umiejętności. – Piekliśmy pierniki, hodowaliśmy dynie. Panie z koła gospodyń uczyły nas robić dyniową zupę i placki – opowiada Anna. – To było bezpieczne, ciepłe miejsce. Zostawić je? Bardzo trudne.

Nie święci...

Anna ma w pokoju ulubioną kanapę i gruby koc w kratę. Po śmierci męża siedzi na kanapie, roztrząsa „za” i „przeciw”. – Oczywiście radziłam się przyjaciół, koleżanek ze szkoły. Większość mówiła: zostań. Niektórzy: zachowaj firmę, będziesz tam zaglądać po szkole. Ale praca na dwa etaty oznaczałaby angażowanie się w każdy na pół gwizdka. To nie dla mnie – wspomina. Podczas kolejnej sesji na kanapie do Anny przysiada się starszy syn Adrian. – Miał wtedy 16 lat. Zapytałam, co jego zdaniem powinnam zrobić. Odpowiedział: „Wiesz, mamo, zastanawiam się, co będziesz myślała, jadąc codziennie do szkoły i patrząc, jak ktoś obcy korzysta z dorobku waszego życia”. Rzeczywiście, firma znajduje się na mojej trasie do Bogucina – tam jest szkoła. Może Adrian ma rację? Przecież majątek wypracowany przez męża był ważny dla rodziny. Może kiedyś będzie zabezpieczeniem dla synów?

Proszę oddać pieniądze

Kilka dni później Anna jedzie do zakładu męża. Zastaje wyłączony telefon i plik nieotwartych kopert. – Zaległe rachunki, wezwania do zapłaty. Okazało się, że firma jest zadłużona. Ludzie z elektrowni chcieli wyłączyć prąd. Załamałam się – opowiada. Znowu się waha, po co brać sobie na głowę taki problem? Kolejne nieprzespane noce, łzy w poduszkę. W końcu postanawia porozmawiać z pracownikami. – Straciliby źródło utrzymania, miałam tego świadomość. Obiecali, że pomogą. Pan Janusz, który był z mężem od początku, zadeklarował, że wprowadzi mnie we wszystko – wspomina Anna. Siada w biurze i pisze listy do instytucji, które domagają się pieniędzy. – Prosiłam o rozłożenie spłat na raty, dołączyłam akt zgonu męża. Nikt nie odmówił. Dobry sygnał na start...W szkole prosi o rok bezpłatnego urlopu. – To mi dawało komfort psychiczny: nie uda się, wrócę – mówi. W internecie szuka fachowej wiedzy, maluje ściany w biurze, przynosi storczyki. – Niewiele mi to pomogło. Zaczęło się najgorsze: starcia z trudnymi klientami – opowiada. Pamięta pierwszy raz, kiedy musiała zadzwonić i poprosić o zapłacenie zaległego rachunku. – To było upokarzające. Zbierałam się tydzień, w końcu zadzwoniłam, ale pieniędzy i tak nie odzyskałam. A potem kilka razy musiałam jechać do klienta, prosić jego sekretarkę o numer telefonu do szefa... Do dziś to dla mnie najgorsza strona tej pracy.

Buty w kolejce

Po roku parasol ochronny się zamyka – kończy się urlop w szkole. – Bałam się, ale zdecydowałam, że się nie wycofam. Patrzyli na mnie synowie, musiałam pokazać, że mama się nie poddaje. Któregoś dnia Adrian, widząc, że pracy jest mnóstwo, zaproponował, że przyjedzie pomóc. To była wielka satysfakcja, bo do tej pory wolał grać w piłkę – uśmiecha się Anna. Co czuła, gdy szła z podaniem o zwolnienie w szkole? – Ryzyko i odpowiedzialność. Dziś mamy za co żyć, ale musiałam nauczyć się innego stosunku do pieniędzy. Kiedy mam ich trochę więcej, nie idę do sklepu po nowe buty. Inwestuję, płacę zobowiązania. I oczywiście się martwię, że jest konkurencja, że na sąsiedniej działce, ktoś może otworzyć podobną firmę. Ale to nie znaczy, że żałuję zmiany. Udowodniłam sobie, że stać mnie na wiele. A przecież byłam zdołowaną czterdziestolatką. Do pracy codziennie przychodzi na obcasach. Klientów zdziwionych widokiem kobiety w takim miejscu prosi do biura. – Po kilku fachowych uwagach, pytaniach orientują się, że nie jestem zielona. Doszkalam się, śledzę nowości, znam terminologię. Czuję się coraz pewniej. Mam więcej pracy, straciłam wakacje i wolne weekendy, ale w sumie jest dobrze. Chyba czuję się spełniona. Rozwijam się, realizuję marzenia.

Agnieszka Litorowicz-Siegert 

 

Stawiaj pewne kroki

1. Zdobądź przyszłego pracodawcę! Ubiegnij go i dostań posadę,
zanim da ogłoszenie w mediach.

2. Zastanów się, gdzie chcesz pracować: wielkość firmy, branża.
Wypisz pięćdziesięciu potencjalnych pracodawców i ich numery telefonów.
Po jakimś czasie dopisz kolejnych pięćdziesięciu.

3. Zaplanuj 25 telefonów dziennie.

4. Dzwoń. Do prezesa lub dyrektora. Pytaj, czy przewiduje zatrudnienie nowego pracownika? Jakiej osoby będzie poszukiwał? Do kogo i kiedy można przesłać CV?

5. Podkreślaj swoje mocne strony. Jeśli potrzebna jest osoba do marketingu, mówisz: „Naprawdę? To właśnie ja jestem tą osobą”.

6. Postaraj się, by zaproszono Cię na rozmowę przed konkurencją.

7. Do rozmowy kwalifikacyjnej przygotuj się jak do rozmowy handlowej – sprzedajesz swoje doświadczenie, zaangażowanie. Kup poradnik dla początkujących handlowców o tym, jak sprzedawać.

8. Szukaj pracy przez znajomych, podtrzymuj kontakty i dbaj, by nawet w tarapatach rozmówca kojarzył Cię jako sympatyczną osobę, z którą chce się przebywać. Nie opowiadaj o kłopotach, nie użalaj się. Prowadź small talk: pogoda, hobby, sukcesy rodzinne. Chwal innych, na własny temat mów mało.

Na podstawie poradnika: Jak znaleźć pracę i nie zgubić po drodze siebie 
Ewa Pióro, Rafał Burdzy (Świat Książki)

 

Sieć pomocy

Straciłaś pracę i szukasz nowej?
W internecie znajdziesz sprzymierzeńców:

  • www.architekcikariery.pl doradcy zawodowi pomogą napisać CV, przygotować do rozmowy kwalifikacyjnej, znaleźć mocne strony
  • www.kluczdokariery.pl poradnictwo zawodowe, zajęcia grupowe z zakresu poruszania się po rynku pracy, pośrednictwo pracy oraz wsparcie psychologiczne
  • www.zielonalinia.gov.pl szkolenia z zakresu umiejętności poszukiwania pracy, zajęcia aktywizacyjne, dostęp do informacji i elektronicznych baz danych zwiększających kwalifikacje
  • www.rynekpracy.pl specjalistyczny portal, w którym znajdziesz wiele artykułów na temat mobilności zawodowej
  • www.hrbrand.pl doradcy pomagają m.in. w dostosowywaniu i zmianie kwalifikacji zawodowych, w powrocie do pracy po dłuższej nieobecności
 
 

Kapitał TO TY

O tym, jak nie stracić wiary w siebie po utracie pracy, jak zaplanować szukanie nowej i dobrze wypaść na spotkaniu z potencjalnym szefem, rozmawiamy z Justyną Ciećwierz, psychologiem, coachem kariery. 

Twój STYL: Szef wręcza mi zwolnienie. Myślę, że osoby, które przechodzą przez to bezboleśnie, to mniejszość...

Justyna Ciećwierz: Oczywiście. Często nie wiemy, dlaczego tracimy po- sadę, co właściwie jest z nami nie tak. Jesteśmy rozgoryczeni, zwłaszcza gdy pracowaliśmy w firmie długo. Zaczynamy sądzić, że nasze kompetecje nie nadążają za wymaganiami, a jeśli w dodatku mamy czterdzieści parę lat, dołuje nas poczucie, że już nic w życiu nie osiągniemy. Samoocena zaczyna lecieć na łeb na szyję.

TS: Jak się przed tym zabezpieczyć?

JC: Jedyna rada: warto wiedzieć, że nasz stan psychiczny na etapie utraty pracy i szukania innej będzie jak sinusoida. Przejdziemy przez kilka faz: niedowierzania, zaprzeczenia, buntu, rezygnacji, załamania, w końcu akceptacji. Po stracie pracy – podobnie jak po utracie kogoś bliskiego – często musimy przejść przez żałobę, ból, utratę wiary we własne szczęście, żeby się odbić, stać optymistą.

TS: Do utraty wiary w siebie dochodzi strach przed zmianą...

JC: Akurat strach nie jest zły. To policjant, strażnik w naszym mózgu. Ochroni nas przed zmianą pochopną.

TS: Właśnie. Jak trafnie określić cel zmiany, czyli wybrać nową pracę?

JC: Musimy włączyć „myślenie przedsiębiorcy”. Wszystkie nasze umiejętności, talenty, pozytywne cechy to nasz kapitał. Musimy pomyśleć, jak go dobrze sprzedać.

TS: Jak to zrobić w praktyce?

JC: Można wziąć kartkę i wypisać na niej to, co umiemy robić dobrze. Na przykład: świetnie piszę podania, wyszukuję informacje w internecie. Albo: jestem bezkonkurencyjna w pieczeniu ciast, układaniu bukietów, przeróbkach krawieckich. Poza tym dobrze rozwiązuję konflikty, potrafię negocjować. To jest zbiór atutów, którymi możemy zarządzać, zrobić z nich użytek – także w nowej dziedzinie.

TS: Z informatyczki może być świetna wedding planerka, bo dziewczyna znakomicie radzi sobie z logistyką?

JC: Właśnie. Tym lepiej zorganizuje ślub, że to była jej niespełniona pasja. O to chodzi, żeby zapytać siebie, w czym czuję się dobra. 

TS: Gdy mamy cel, co jest najważniejszym narzędziem w szukaniu pracy?

JC: Dobre nastawienie, sieć wartościowych znajomości i odpowiednie CV. Im bardziej dopasujemy je do specyfiki i wymagań konkretnej firmy, tym lepsze zrobimy wrażenie. Poza tym pamiętajmy: napływ CV ma ułatwić nie wybór, ale odsiew kandydatów. Stąd np. ma sens to, co zrobiła Ewa, bohaterka tekstu: ukrycie daty urodzenia. Jeżeli przychodzi sto, a potrzeba trzech mocnych kandydatur, pierwsi odpadają ci, którzy „uderzają” jakąś niesprzyjającą informacją. Wiek nie powinien dyskredytować, ale czasem specjalista od naboru podświadomie wybiera osobę młodszą. Albo ładniejszą, stąd niekoniecznie trzeba dodawać zdjęcie.

TS: CV złożone, czas mija, a ja nie mam odzewu. Jak długo to jest normalne?

JC: Nie ma dobrej odpowiedzi, że trzy miesiące to norma, ale pół roku to już zbyt dużo. Jeżeli odzewu brak, trzeba się zastanowić: może moja aplikacja nie jest dobra? A jeśli chodzimy na bezowocne rozmowy, przeanalizować sposób autoprezentacji. Przyda się pomoc – koleżanki z branży HR, przyjaciółki, z którą warto przerobić serię trudnych pytań. Albo coacha – można umówić się na sesję „odgrywania ról”. Ważne: wiele firm na swoich stronach, w zakładce „kariera” podpowiada, na co zwrócić uwagę w trakcie rozmowy o pracę.

TS: Wiele osób ma problem z przyjęciem stanowiska poniżej swoich kwalifikacji czy dotychczasowej pozycji...

JC: Nazwa stanowiska to tylko „szyld”, bywa, że mylący. Tymczasem nierzadko menedżer w korporacji, która sztywno ogranicza zakres kompetencji, ma mniejsze pole do popisu i wykazania się kreatywnością niż kierownik w mniejszej, ale dynamicznej firmie. Warto więc mieć wiedzę na temat zakresu obowiązków i możliwości rozwoju na stanowisku, o które się ubiegamy.  

TS: W przypadku Ewy i Anny ważna była obawa przed kompletnie inną dziedziną. Jak zminimalizować szok zmiany?

JC: Docenić swój walor „świeżej krwi”. Nierzadko pracodawcy wolą zatrudnić kandydata wyróżniającego się wielkim entuzjazmem, głową pełną pomysłów, nawet jeśli wydaje się „zielony” w branży.

TS: Gdy zaplanujemy zmianę pracy, zawsze  znajdą się doradcy na „nie”...

JC: Dlatego lepiej otoczyć się osobami, które nam sprzyjają. Ale też nie warto izolować się od sceptycznych znajomych. Przecież to właśnie oni pewnego dnia mogą przynieść nam wiadomość, że ich kolega, sąsiad, kuzyn szuka pracownika. Czyli nas. To są te ważne relacje społeczne, znajomości, o których wspomniałam.

TS: Czego nie warto robić, rozstając się ze starą pracą?

JC: Palić za sobą mostów! Na przykład rzucić szefowi na odchodnym: „był pan beznadziejny”. Jest raczej pewne, że kiedyś się jeszcze z nim spotkamy. Druga zasada: nie mówimy źle o poprzednim pracodawcy podczas rozmowy w innej firmie. Trzeba pokazać, że nie tylko jesteśmy profesjonalni i ambitni, ale także że gramy fair.

Rozmawiała Agnieszka Litorowicz-Siegert


Artykuł pochodzi  z miesięcznika "Twój Styl" nr 3/2012

Opublikowany za zgodą redakcji

Akcje Dokumentu